SLOT

Dopijam kawę. Bardziej z desperacji niż przyjemności, bo nadal nie czuję się obudzona, nawet po wielu godzinach odsypiania. Uczucie nieco frustrujące, szczególnie pewnie dla innych osób, bo zachowuję się nieco jak zombie.

Miałam mnóstwo czasu do odespania po tygodniu namiotowania, ale go nie wykorzystałam. Moja strata.

Na SLOTa przyjechaliśmy wieczorem w poniedziałek i rozłożyliśmy namiot, nazywany później pieszczotliwie Jeżem, bo stroszył do nas klamerki na pranie. Opakowany został przez nas szczelnie folią (by zatrzymywać piekące o poranku promienie słońca), którą to prawie zerwał już pierwszy większy deszcz. Udało nam się jednak aż dwukrotnie z uprzejmości ochronnego koca skorzystać i jest to stanowczo pomysł do dopracowania na przyszłe noce spędzane w namiocie.

Oto Jeż:

jeż

Jeż tak poza tym nie jest pierwszej młodości, więc szybko się okazało, że pogłębił się jego dotychczas bardzo powierzchownie leczony problem z grzbietem, bo pod naciskiem grubego brzuszka coś mu pękło w konstrukcji, ale za pomocą prowizorycznych metod, taśmy i kilku wymyślnych ruchów udało nam się przywrócić jego naturalny kształt. Operacja się powiodła, Jeż wiernie i szczęśliwie chował nasze rzeczy w swoim wnętrzu i chronił ode złego przez resztę festiwalu. No może wilgoci trochę przepuścił, ale nikt nie jest niezawodny. Właściwie jednej nocy wilgoci było tak wiele, że wylewałam wodę z namiotu za pomocą miski.

W gorące poranki gościnny nocą Jeż wypluwał nas ze swojego parnego wnętrza na orzeźwiającą dzięki słabemu wiaterkowi otwartą przestrzeń. W wymiętych piżamach szliśmy w stronę umywalek, okazując ochroniarzom nasze niewyspane twarze, imiona na identyfikatorach i pastę do zębów. Później jedliśmy co nam wnętrzności Jeża zaoferowały i chłopcy zwykle szli niespóźnieni na warsztaty lub w umówione miejsca, ale my, dziewczyny z dozą lenistwa szłyśmy jeszcze na kawę, czy podrzemać, czy poszwendać odrobinę po całym terenie. Z łokciami opartymi na parapecie obejmowałyśmy wzrokiem całe otoczenie, mnóstwo ludzi robiących coś i myślałyśmy, do których z nich by się nie przyłączyć i nie porobić z nimi tego czegoś.

przestrzeń2

przestrzeń4

przestrzeń

Spotkałam kilka osób, które na pytanie o warsztaty, w których uczestniczyły nie miały odpowiedzi. Po prostu nie czuły potrzeby uczestniczyć w czymkolwiek. I to też jest tutaj świetne – można zmęczyć się, codziennie biegać pomiędzy różnymi zajęciami, wykładami, słuchać poezji, oglądać przedstawienia, tańczyć, bawić się, wciąż uczyć, a można nie robić nic konkretnego, żyć sobie całkiem powoli i niezależnie od barwnego chaosu wokół i nadal bawić się rewelacyjnie. Nie ma nacisku na robienie czegoś, są możliwości, nie ma konieczności. To jest chyba w tym festiwalu najważniejsze – poczucie wolności, swobody, niezależności. Rób co chcesz i nie rób czego nie chcesz, a nawet nie rób tego, co chcesz zrobić, jak jesteś zbyt leniwy. Zrobisz to jutro.

stópki

lenistwo

Ja spróbowałam rzeczy kilku: kilkukrotnie poezji w analizie i odsłuchu, spontanicznego opowiadania i wysłuchiwania opowieści, próby ujarzmienia szalonych, zakręconych pojek, żonglerki (mam wrażenie, że jestem wręcz stworzona do żonglowania aż jedną piłeczką, ale to zawsze lepiej niż żadną), tańca współczesnego i mentalnego przelewania wody wewnątrz własnego ciała, od kończyny do kończyny, tworzenia pięknych baniek mydlanych, utrzymywania równowagi na taśmie (i przy tym konwersowania po niemiecku, który to język jest dla mnie nadal czarną magią!). Czytałam w cieniu drzewa, słuchałam na poduszkach w przeciekającym, kolorowym namiocie, widziałam w teatrze, smakowałam improwizowane dania w warunkach polowych, czułam w gorącym słońcu i orzeźwiającym deszczu. Czasem wiele na raz. Dużo wrażeń.

Dostałam nowy totem! Z jedną konstelacją, ale jest miłą namiastką poprzedniego, dowodem na to, że zbiegi okoliczności bywają często słodkie. Parasolki raczej już nie odzyskam, ale mam teraz inne gwiazdki do trzymania blisko.

Za rok jedziemy znowu, najprawdopodobniej w szerszym gronie, bo zdążyłam kilka osób zachęcić. Chyba już nie z Jeżem, bo poważnie boję się o jego kręgosłup i raczej pozwolę mu przejść z honorami na emeryturę.

w

W. leżał i przytulał kocyk, bo było mu przykro, że musimy się już pakować. Wysłał się potem po kawę i śniadanie, więc spakowałam szybko wszystko i rozmontowałam Jeżowi protezę, żeby nie musiał na to patrzeć. Po kilku godzinach byliśmy już daleko i trudno było trochę w to uwierzyć. Weszłam do domu i mała P. od razu mnie obszczekała, skacząc i okazując intensywnie swoją radość. Nie bardzo cieszyłam się z powrotu, ale mała P. gdzieś mi się z tyłu głowy kołatała jako powód, dla którego właściwie chce mi się już trochę do domu. Miałam lekko rozwalone gardło po nocy w wilgotnym namiocie, mnóstwo siniaków przypadkowych i nieprzypadkowych, powieki zamykające się z senności, organizm przegrzany i ciało spieczone przez palące słońce, ale nie było mi bardzo śpieszno do domowej ulgi.

A poza tym, to mała P. drastycznie urosła przez moją nieobecność. Jest teraz wielkim, głośnym psiakiem.

mała p

Byebye.

Krople

Wczoraj wieczorem jechałam do domu tramwajem (co mi się często nie zdarza, bo od wielu tygodni załapywałam się na pierwszy nocny) i było strasznie wilgotno i nieprzyjemnie. Rękawy mi zamokły, bo nierozważnie przejechałam dłonią po szybie żeby lepiej widzieć jak wszystko na zewnątrz, wilgotne na wskroś, wilgotnieje jeszcze bardziej. Włosy też jakoś przeszły tym chłodnym deszczem, chociaż większość czasu miałam na głowie dresowy kaptur i czekając na zielone światło udawaliśmy z W. że również mentalność mamy pasującą do ubioru. Nieswojo było mi z tym zakryciem, zawsze dawałam sobie sporo przestrzeni do myślenia dzierżąc kilka centymetrów nad czubkiem głowy parasolkę. Z pustymi dłońmi nieswojo jeszcze bardziej. Bez mojej małej legendy w deszczu nie jest tak szczęśliwie, ale niedługo się przyzwyczaję, być może nawet nie będę musiała, bo może się jeszcze udać, że ją odzyskam. Właśnie tak, po ponad dwóch latach zabierania podniebnej, niebiańskiej parasolki wszędzie ze sobą, noszenia jej w słońcu i deszczu, uważnego podglądania, czy przetarty materiał nie zaczyna pękać – zgubiłam ją. Nawet nie zgubiłam, tylko zostawiłam przez nieuwagę mniej niż sto kilometrów od mojego miasta, pakując się niespiesznie, zmęczona po zaledwie kilkunastu minutach snu w nocy. A rozglądałam się przecież tak dokładnie, czy wszystko wzięłam, pakowałam w ostatniej chwili najdelikatniejsze rzeczy, a ona jedna musiała się skryć pod czyimś śpiworem tak, że ją przeoczyłam. Żal mam do siebie trochę za to.

W każdym razie, pomijając straconą, może niedługo wróconą parasolkę, jedna ostatnia sucha rzecz mi się zjawiła w tym pustym, jasnym tramwaju – miła, wielka, biała ćma furkocząca skrzydełkami. Zrobiło mi się jej szkoda, gdy patrzyłam na paniczne wzloty pomiędzy tramwajowymi lampami. Jej skrzydła były pewnie miękkie jak bazie.

Ćmy to taki zachwycający element codzienności dla mnie, wszędzie w domu je znajduję, na ścianach, sufitach, meblach. Są najróżniejsze, od małych z plamiastymi skrzydełkami, po te wielkie, aż straszne nawet nieco. Zwykle pochylam się nad nimi z bezbrzeżnym zachwytem, wgapiam się, robię zdjęcia, czasem musnę delikatnie palcem sprawdzając, czy są tak samo puszyste jak mi się zdaje. To jedna z tych fascynacji, które mało kto rozumie.

Ostatnio pisałam cokolwiek jeszcze przed maturą. Minęło jak letni deszcz, już jutro mam wyniki i zastanawiam się, czy się stresuję, czy nie. Trudno mi to ocenić, bardziej mnie dotknęło mnóstwo innych sytuacji z ostatnich tygodni; kiedy ostatnio z W. oddaliśmy ostatniego szczeniaka i czuliśmy, że za mało się z nim pożegnaliśmy, kiedy martwiłam się o pieniądze potrzebne na cito, kiedy (głupota) potrzebowałam sobie buty kupić. Wszystko to zaprzątało moją głowę o wiele mocniej. Mam sukienkę do wyprasowania, wiem. Dowód muszę zabrać. Zarejestrować się na studia. Nie. Najpierw się dowiedzieć, czy zdałam. Wszystko to wiem i ciągle podchodzę do całego zamieszania bardzo lekko. To aż dla mnie nienaturalne.

Matury były niełatwe moim skromnym zdaniem. Okres mocno stresujący, po pisemnych poczułam się na moment jakby kamień spadł mi z serca. Po ustnych, które nie mogły mi pójść lepiej, byłam wniebowzięta. Później czas był jakby w zawieszeniu, niby wakacje, ale wciąż wielka niewiadoma. Działo się wiele; poznałam kilka sympatycznych osób; dowiedziałam się, że dla nieomal obcych ludzi jestem niczym mama; zjadłam tonę szpinaku; spotkałam przypadkiem couchsurfera ze Stambułu i piłam z nim w nocy herbatę i oglądałam zdjęcia z dotychczasowych podróży; byłam kolejny raz na Prometeuszu; rozkochałam się w słuchowiskach; spędziłam obracającą się wokół ognia noc świętojańską i z dumą patrzyłam na płomienne popisy ludzi, których znam i podziwiam; wróciłam do porzuconych przed maturą książek i wierszy; poduczyłam się gotować i rozkochałam w kompocie z rabarbaru;  z radością straciłam resztki zdrowia podczas burzy na szarym końcu miasta; stworzyłam rzeczy, których nie umiem użyć i podskoczyłam o pół stopnia w samoocenie. Nie umiem wymienić wszystkich dziwów, ochów i achów, które mnie w przeciągu kilku tygodni spotkały, jest ich zbyt wiele. Ogólnie mentalnie i w każdy inny sposób mi w życiu coraz lepiej, wychodzę na plus, chociaż mam wrażenie, że ostatnio intelektualnie się uwsteczniam (za mało styczności z nauką wdaje się we znaki), ale wakacje to taki okres, kiedy chyba można sobie pozwolić na zachowywanie się nieco głupiej.

Jutro (dziś już) wyniki. Otworzę kopertę, przełknę i przetrawię (treść, nie kopertę). Potem dostanę psinę pod dach. Jest trzecia z miotu, bardzo grzeczna, niesamowicie pieszczotliwa i czuła, mam nadzieję, że koty mi jej nie zjedzą. Zasypiałam raz z nią i ciepłe psie ciałko tuż przy moim ciele jakoś ułatwiało przechodzenie przez trawiący mnie wówczas ból głowy. Zauroczyłam się bardzo, totalnie.

Mam dużo zdjęć, ale nie mogę się zdecydować, które wybrać. Może następnym razem. Teraz sen sen sen sen sen.

Dobranoc.

Kilka dni

Tyle do egzaminów zostało. Napięcie nerwowe wysoko, oczekiwania nisko, humor dobry.

Obrazek

Jem cały dzień czekoladę, kanapki z papryką, opieram nogi na płocie grzejąc je w gorącym słońcu, wdycham zapach przekopanej ziemi i prawie zasypiam z encyklopedią na twarzy. Za późno, by czegokolwiek się nauczyć, teraz mogę już tylko powtarzać. Scio me nihil scire. Nikt nie powiedział, że muszę się dostać na jakieś studia.

Obrazek

Za późno na stres, trzeba się relaksować.

Obrazek

Płakałam na zakończeniu roku, tylko my z A. wzruszyłyśmy się na tyle, by uronić łzy; ja niestety nie mogłam się opanować i wylądowałam w ramionach wychowawczyni łkając histerycznie. Koniec. Poszło. Minęło. Czuję to i nie czuję jednocześnie. Szkoda mi, ale póki co tego nie brakuje.

Poza tym żyję w skupieniu, żeby łapać nadarzające mi się chwile i przerabiać je na czas wykorzystany poprawnie: na naukę, coś konstruktywnego. Robię dobre rzeczy, lubię ludzi, uśmiecham się do nich, piekę ciastka, pracuję nad sobą i mam już 900 ml krwi wbite w książeczkę (jestem z tego dumna). Ciocia ostatnio powiedziała mi, że cieszy ją, że się jakoś „odnalazłam w życiu”. Toż to ja się gubię z każdym dniem coraz bardziej!

Obrazek

Pójdę się poszukać w stosach notatek, może tam jest teraz moja głowa, która wie, która mi się odnaleźć pomoże.